Szła sobie dziewczynka leśną drogą. Sama. Ubrana była w dresy i bluzkę (bo choć ty była dziewczynka, lubiła dresy) Była noc, drogę bladym, słabym światłem rozjaśniał księżyc, towarzyszyły mu gwiazdy. Spacer dziewczynki nie miał celu, po prostu szła, sama nie wiedziała, co ją spotka z każdym krokiem, gdyż droga co 10 kroków skręcała w lewo lub w prawo, a zakręt często był 'ostry', nie widać było co się dzieje dalej. Co 50 kroków pokazywała się dziura w ziemi, gdy dziewczynka do niej zajrzała, zobaczyła przepaść. Nie wpadła tam, obawiała się, wolała iść drogą. Lecz droga się nie kończyła, wciąż szła, skręcała, omijała leżące drzewa, przeskakiwała większe dziury bez dna, czasami biegła, czuła strach i biegła, nie miała innego wyjścia, gdyż nie miała gdzie się schować, ale coś ją goniło, jakaś ciemna postać. Pewnego razu skręciła w prawo i... ściana. koniec, nie wiedziała o co chodzi, coś zatrzymało jej długą wędrówkę. Gilotyna z cegieł ucięła jej możliwość dalszej podróży. Zemdlała i ciemna postać ją dogoniła.
koniec.
Czy ta podróż nie przypomina wam czegoś?
.
.
.
.
.
.
Bo mi przypomina moje życie, idę przez nie, blade światło daje mi możliwość jakiejkolwiek orientacji, co jakiś czas pojawia się 'zakręt' coś nowego się dzieje, zmiana rzeczywistości. Dziury u mnie to chwile słabości, gdy czuję, że jest źle albo coś strasznego się dzieje w mojej głowie. Droga się nie kończy, trzeba omijać mniejsze przeszkody w postaci kłód. No i ciemna postać. U mnie to choroba,ale każdy ma jakieś 'ciemności', które towarzyszą przez całe życie. A ściana? Śmierć, koniec wędrówki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentujesz? Odpowiem
Zaobserwujesz? Zaobserwuję również
:)